Gdyby nie fakt istnienia czegoś takiego jak poranna kawa, nie byłoby sensu wstawać. Moja przyjaciółka wstaje rano i
nie pije kawy.
Nie pije nawet herbaty, soku, wody ani rosołu.
Po prostu wstaje i bez porannej kawy zaczyna dzień. Pytam jej "Ale jak to? Nie pijesz nic ciepłego, co Cię pobudzi i dzięki temu zaczniesz nowy dzień?". Ona na to: "Prysznic biorę. Ciepły".
Jest to coś, czego nie ogarniam.
Pierwszą filiżankę kawy wypiłam w wakacje 1999 roku. Od tamtej pory ( wierzcie mi lub nie ) nie zdarzyło się, bym opuściła swój poranny rytuał. Mogę zaspać do pracy ale z domu nie wyjdę bez wypicia kawy. Czasem robię sobie klasyczną siekierę z włoskiej zaparzarki, czasem dodaję zblendowane mleko sojowe, czasem mleko zwykłe, niezblendowane. Gdy mam mało czasu do wyjścia to zaparzam sobie taką z fusami ewentualnie rozpuszczalną ale musi być z mlekiem. Kawa towarzyszy mi co rano od ponad dziesięciu lat. Przy niej planuję dzień, analizuję w głowie bieżące wydarzenia, układam w myślach zestaw ubraniowy na cały dzień, przeglądam zupę albo po prostu siedzę, słucham muzyki i gapię się w okno. Lubię, gdy ktoś robi mi kawę. Może być najchujowsza, rozpuszczalna i smakować jak bulion ale ważne, że ktoś zrobił mi kawkę. Że ktoś, tak jak ja rozumie tę potrzebę, silniejszą niż cokolwiek innego. Potrzebę chlupnięcia małej czarnej z rana. Wspaniałą kawę robi moja mama. Gdy jestem u rodziców to pierwszy dźwięk jaki mnie budzi to syczenie ekspresu, po którym rozchodzi się najwspanialszy zapach świata. Zapach parzonej kawki. Bardzo dobrą kawę pijam, będąc z wizytą u cioci. Ona kupuje aromatyzowane kawy na wagę i czasem z rana czuć wanilię, czasem czekoladę a czasem toffi. U cioci siadamy, o ile pogoda pozwala, na tarasiku i dodatkowo, do porannej kawki, palimy papieroska. Najlepszą kawę robił ( stety niestety ) Paweł i to jest kawa, której nie potrafię powielić, nawet stosując idealne proporcje, używając tego samego gatunku kawy, mleka i soku malinowego. Takiej kawy się nie zapomina. Najlepiej wychodziła jemu i była tak zajebista, że prosiłam o dolewkę.
Najgorzej smakowała kawa na uczelni, z automatu, w styropianowym kubku, o smaku tak syntetycznym, że aż ciężko było uwierzyć, że ta kawa pochodzi z automatu Nescafe.
Tak samo, jak kawy z automatu, nie cierpię lury. Sto razy bardziej wolę siekierę bo lura brzmi jak " zrobiłem Ci kawę z łaski na uciechę a raczej na odpierdol z fusów z kawy dnia poprzedniego". Lura to najgorsze, co może być.
Ważne jest wyczucie czasu a idealne wyczucie to takie, gdy otwieram oczy i dokładnie wtedy ktoś przynosi mi kawę do łóżka. Takie wyczucie czasu miała tylko jedna osoba, z trzech, które robią najlepszą kawę.
Poświęcam ten tekst czemuś, co zajmuje mi jakieś 20 minut rano, każdego dnia. Tyle średnio piję poranną czarną, do póki nie zrobi się letnia. Te 20 minut stanowi dla mnie jednak niezwykle ważny moment w ciągu całego dnia bo kawa to start, początek, przebudzenie, nakręcenie metabolizmu, naładowanie baterii, moment na zebranie myśli i najmilsza rzecz, jaka jest w stanie człowiek sam sobie zrobić.
Gdy nie ma kawy to z góry przesądzam cały dzień za nieudany. Gdy ktoś nie ma kawy w domu a ja dowiaduję się o tym rano,to wpadam w rozpacz, krzyczę, wkurwiam się i mam atak paniki. Ludzie w moim otoczeniu muszą wiedzieć, że dobra poranna kawka to jeden z wielu sposobów na zdobycie mojego uznania i sympatii. Swoja drogą nie jestem zbyt wymagająca. Wystarczy dobre mocne, podwójne espresso z mlekiem sojowym i dobrze ubitą i grubą pianką. Czy to aż tak wiele?
Niektóre kobiety chcą brylantów.
Mam nadzieje, że najlepsza kawa świata, która rzuci mnie na kolana, jest jeszcze przede mną.